| | ACCIO HARRY POTTER !
Zapadła noc. Niepewnym krokiem szedłem mugolskimi ulicami trzymając w pogotowiu różdżkę – starałem się by nie było jej widać spod kurtki – jeszcze tego by brakowało, żeby Ministerstwo Magii dobrało się do mnie za łamanie Zasad Tajności...
Zagubiony w niemagicznym świecie dotarłem na przystanek, na który wkrótce przyjechał drambwaj... trabwaj... no w każdym razie taki pojazd szynowy, którym mugole przemieszczają się z jednego miejsca do innego. Trambawaj był prawie pusty nie licząc kilku wyraźnie nadąsanych mugoli. Przyglądali mi się bacznie – zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno mój „normalny” strój nie zdradza prawdziwej natury. Pojazd terkotał, trzeszczał i chwiał się niebezpiecznie na zakrętach – aż miałem ochotę rzucić na niego jakieś zaklęcie przyczepności do torów. Wkrótce dotarłem do tajemniczego miejsca spotkania.
Na wzgórzu w Będzinie wznosił się XIII wieczny zamek. Zastanawiałem się co takiego mogą widzieć mugole, kiedy zbliżają się do niego... pewnie jakieś muzeum albo coś w tym stylu. Z rozgwieżdżonego nieba wyczytałem, iż do premiery magicznej księgi o Harrym Potterze pozostały jeszcze dwie godziny. Równo o północy miała się odbyć sprzedaż „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci”. Na ten dzień z pewnością każdy polski czarodziej czekał od dawna. Sam nie mogłem się doczekać. Wkrótce zaczęli przybywać inni – o zgrozo – nie wszyscy przestrzegali Zasad Tajności, jednak większość dostosowała się i przybyła w niemagicznych strojach. Niektórzy jednak paradowali w długich szatach, z tiarami na głowach i wyciągniętymi w beztroski sposób różdżkami.
Zacząłem podejrzewać, że po tej nocy świat czarodziejów, mój świat, zostanie ujawniony na całą Polskę. Przeklinając w duchu Dedalusa Diggle’a za to, że pozwala na tak jawne łamanie prawa, wszedłem na dziedziniec zamku. Było okropnie zimno, aczkolwiek atmosferę podgrzewały niezwykłe emocje i radość, która udzielała się stopniowo każdemu. Sam nie mogąc dłużej znieść paskudnego mugolskiego odzienia założyłem na głowę czarodziejską tiarę i wyciągnąłem różdżkę. Czułem się jak w domu – po raz pierwszy tej nocy zdałem sobie sprawę, że jestem w moim świecie – świecie magii i czarodziejstwa. Mugole krążący przed zamkiem i wyglądający z okien starych kamienic przestali się dla mnie liczyć zupełnie, kiedy na arenę weszły czarodziejki z pobliskiej czarodziejskiej księgarni działającej pod mugolską przykrywką jako Księgarnia „Matras”. Oto stały przed tłumem panie, dzięki którym wszyscy magowie mogli tej nocy oddać się w wir szaleństwa i świętowania.
Na samym początku zapewniły zgromadzonych na dziedzińcu, że miejsce to jest strzeżone przez Antymugolskie Środki Bezpieczeństwa i że można używać magii do woli. Najmłodsi czarodzieje i czarodziejki, którzy z pewnością nie dostali jeszcze swoich listów z Hogwartu, mogli wziąć udział w wyścigach na miotłach – na najszybszych i najlepiej latających czekały niezwykłe nagrody, w tym opatrzona jeszcze przez niewiele ponad pół godziny Klątwą Dementorów najnowsza, siódma i ostatnia część przygód największego czarodzieja naszych czasów – „Harry Potter i Insygnia Śmierci”.
Oczekiwanie na premierę umilał występ magika, który na tę specjalną okazję przybył prosto z Hogwartu – jak się okazało, był to jeden z najznakomitszych czarodziejów Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Zaprezentował magię godną Albusa Dumbledore’a po czym zaprosił do kolejnego konkursu.
Na kilkanaście minut przed północą na zamku znajdowało się ponad stu czarodziejów !
Wszyscy, mimo zimna, oczekiwali z niecierpliwością wybicia godziny dwudziestej czwartej. Niektórzy dla zabicia czasu pojedynkowali się na różdżki, aż do chwili gdy na placu pojawiła się sterta książek przykrytych czarną płachtą, na którą rzucone było Zaklęcie Nieprzenikalności – tak organizatorzy zapobiegli wykwalifikowanym czarodziejom odczytania treści powieści przed północą. Zaledwie sekundy dzieliły zgromadzonych od rozpoczęcia sprzedaży. Wszyscy szykowali pieniądze, na których widniał wizerunek jednego z najwybitniejszych polskich magów – Kazimierza Wielkiego. Nastała cisza. Była tak przenikliwa w swoim gromobiciu, iż nikt nie był w stanie wyszeptać nawet słowa. Rozpoczęło się odliczanie. Sam nie wiem jakie zaklęcia antymugolskie zostały rzucone na zamek, ale musiały być naprawdę silne i solidne, żeby mieszkający w okolicy mugole nie usłyszeli tej niesamowitej wrzawy i okrzyków radości, kiedy czarna płachta została ściągnięta ze świeżutkich egzemplarzy „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci”.
Nawet okrzyki i doping tysięcy kibiców na finałach Mistrzostw Świata w Quiddtichu nie mógł się równać z euforią, której byłem świadkiem i uczestnikiem. Kiedy udało mi się wykrzesać z siebie zdolności szukającego i pochwycić jeden z pomarańczowych tomów - uniosłem go w geście zwycięstwa. Przez moje ciało przepłynęła fala niewidzialnej energii, która sprawiała, że czym prędzej chciałem wrócić do swego domu i rozpocząć lekturę. Z trudem przecisnąłem się przez rozradowany tłum i wyszedłem do normalnego, mugolskiego świata. I tylko niebo, na którym zdawały się tańczyć radośnie gwiazdy i księżyc, zdradzało, że ta noc jest szczególna. Magiczna - i, na brodę Merlina, nawet mugole musieli to zauważyć. Pewnym krokiem zacząłem zmierzać w kierunku przystanku „tramwajowego”. Wiedziałem, że już za kilka chwil rozpocznie się jedna z najmagiczniejszych nocy mojego życia...
DANIEL MUNIOWSKI | |