ROZDZIAŁ OSTATNI
K o n i e c
Harry wciąż leżał na chłodnej ziemi, a przed oczami nie miał nic poza upstrzonym gwiazdami, czarnym niebem. W uszach rozbrzmiewał mu jedynie jednostajny szum. Uniósł głowę o kilka cali, a wszystkie dźwięki zamarły.
Stał przed nim. Ubrany w długą czarną szatę, ze swoją jaśniejącą w ciemności, bladą niczym goła czaszka twarzą, na której widniał kpiący, okrutny uśmiech. Kilkudziesięciu Śmierciożerców utworzyło wokół nich wielki okrąg. Wielu z nich trzymało przyjaciół Harrego, spętanych i przerażonych.
Wówczas Lord Voldemort przemówił.
- I wreszcie nastała ta chwila. Koniec i początek. Koniec Harry’ego Pottera, niesłusznie uważanego za potężnego czarodzieja, za człowieka, który wybawi magiczny świat od zła... Ale to też początek, mój początek, czyli za razem zła, mocy i potęgi. Już kilka razy nie udało mi się ciebie zabić – Voldemort zwrócił się wprost do Harry’ego. – A powinno mi się to udać już za pierwszym razem. Byłem jednak głupi i ślepy. Nie przewidziałem kilku rzeczy, które odebrały mi siedemnaście lat życia, kiedy to knułem i spiskowałem, by móc
z tobą wreszcie skończyć. Na szczęście nadszedł ten moment, moment twojej klęski i nic tego nie powstrzyma. Ale skończymy z gadaniem, przedstawienie czas zacząć!
Harry podniósł się powoli z ziemi, wciąż marząc o tym, by to wszystko okazało się snem, koszmarem, który istnieje tylko w jego wyobraźni. A jednak nie mógł pozbyć się uczucia, że i tak, gdy tylko otworzy oczy stanie się prawdą to, czego najbardziej się bał.
W kieszeni wyczuł swoją różdżkę, ale podczas gdy w każdej innej sytuacji poczułby się bez niej zupełnie bezradny, to i tak wiedział, że teraz w niczym mu ona nie pomoże.
- Harry, wstań proszę i spójrz mi w oczy. To czas, by rozpocząć pierwszy akt. Harry Potter wijący się u moich stóp, błagający o litość...
I zanim Harry zdążył sięgnąć do kieszeni, Voldemort już uniósł różdżkę i szepnął:
- Crucio
Świat zawirował w oczach Harrego, gdy opanował go ból tak straszliwy, jakiego nigdy nie zaznał. W uszach zabrzmiał mu głos Bellatriks Lestrange... Musisz chcieć go użyć, Potter. Musisz naprawdę chcieć zadać ból... I dotarło do niego jak silną nienawiść czuł do niego Voldemort... Silniejszą była chyba tylko ta, którą Harry czuł do niego.
I ból ustał.
Harry znów leżał na ziemi.
- Boli, prawda? To dobrze, może choć raz poczujesz do mnie respekt, choć zapewne zawsze się mnie bałeś, drżałeś słysząc moje imię...
- Nie - odezwał się cicho Harry drżąc na całym ciele, ze strachu i ogromnej nienawiści. – Nie jesteś godzien mojego szacunku, jesteś tylko plugawym mordercą, jesteś nikim.
Voldemort zaniemówił na chwilę.
- A więc to tak... Chyba czas nauczyć cię posłuszeństwa... – i podniósł różdżkę. Harry znów nie zdążył sięgnąć po swoją.
- Afflictio – Harry nie znał wcześniej tej formuły, ale jej działanie poczuł od razu.
W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś wbił mu w klatkę piersiową potężny nóż. Stracił oddech
i złapał się instynktownie za pierś, ale niczego tam nie poczuł. Ogarnął go jedynie potężny ból, którego nie mógł powstrzymać. Po prostu trwał w cierpieniu, czując, jak uchodzi z niego życie, cal po calu. I znowu wszystko ustało, ale tym razem Harry nie podniósł się od razu. Leżał przez chwilę, a gdy spróbował wstać, ogarnęło go przedziwne uczucie. Z jednej strony odczuł potworną nienawiść, a z obrzydzenie do siebie, kiedy pomyślał, że leży przed Lordem Voldemortem na ziemi, pozwalając mu miotać w siebie zaklęciami, nie próbując się choćby obronić.
- Za moich rodziców, przyjaciół, za wszystkich, którzy przez ciebie zginęli – szepnął Harry, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego.
Wstał szybko, choć nogi trochę mu się jeszcze trzęsły, a różdżka znalazła się w jego dłoni, choć nawet nie pamiętał, żeby po nią sięgał. I wtedy dodał, zwracając się już do samego Voldemorta: – To twój koniec.
Zanim Voldemort zdążył choćby drgnąć, Harry uniósł różdżkę i ryknął:
- Sectumsempra!
Refleks Voldemorta pozwolił mu jednak na odparowanie zaklęcia, choć urok zdążył go chlasnąć w twarz, pozostawiając na niej krwawą pręgę. Voldemort rzucił niewerbalnie następne zaklęcie tak, że Harry nie zdążył tego nawet spostrzec. Huknęło, błysnęło białe światło, a w następnej chwili Harry poczuł, że odlatuje na dobre pięć jardów kilka stóp nad ziemią. Gdy upadł na ziemię nawet nie przejął się bólem w lewym barku, na który upadł
i rzucił się do ataku. Teraz z kolei Voldemort nie spodziewał się tak szybkiej reakcji.
- Nexus – wrzasnął Harry, a biało-niebieski promień, który wystrzelił z jego różdżki pomknął w stronę Voldemorta i oplótł się wokół talii niczym srebrzysty bicz. I choć Czarny Pan w ułamku sekundy zdołał przerwać Nierozrywalne Więzy, które go oplotły, to ten czas pozwolił Harry’emu na kolejny atak. Rzucił na niego pierwsze zaklęcie, które wpadło mu do głowy.
- Crucio!
Ku jego zdumieniu Voldemort upadł na ziemię, wijąc się i drżąc. Kiedyś próbował rzucić ten urok na Bellatriks Lestrange, ale wówczas zaklęcie nie podziałało poprawnie. Potem nie używał go, ale oto teraz miał Voldemorta pod swoją władzą. Musisz naprawdę chcieć zadać ból... Nagle kilku Śmierciożerców rzuciło się z krzykiem na Harrego, więc musiał on, chcąc czy nie chcąc, przerwać połączenie z Voldemortem. Szybko obrócił się
w miejscu z różdżką wycelowaną ku górze, wyczarowując srebrny okrąg, który pomknął na biegnących ze wszystkich stron Śmierciożerców. Odlecieli oni na kilkanaście stóp tracąc przytomność i maski osłaniające ich twarze. I choć w tej samej chwili kilku następnych rzuciło się w stronę Harry’ego, to nie zareagował on, patrząc na jednego z nich. Przecież to nie mógł być...
- Stop! – rzucił ktoś krótko, a Śmierciożercy powrócili na swoje miejsca zmuszeni do tego przez Voldemorta celującego w nich różdżką. Nawet ci nieprzytomni drgnęli i poczołgali się na swoje miejsca zakładając na twarze maski i zarzucając kaptury.
Harry był w zbyt wielkim szoku by móc wydusić choćby słowo.
- Widzę, że podszkoliłeś się trochę, Potter. Najwyraźniej wcześniej cię nie doceniałem. Miałem cię za człowieka, który niesłusznie zdobył sławę, tylko dlatego, że trochę mu się poszczęściło. Sądziłem, że brak ci jakichkolwiek nadzwyczajnych zdolności magicznych i osobistych zasad. Bo ostatnio próbowałeś mnie pokonać Zaklęciem Rozbrajającym, choć wiesz, że...
- Och zamknij się – powiedział Harry odzyskując czucie w nogach i dostrzegając swą jedyną szansę. Odwrócił się w stronę Voldemorta i ryknął wskazując różdżką na Czarnego Pana:
- Vinculum – Voldemort zamarł i wydawało się, że nie może się poruszyć. Nie było
w tym jednak dziwnego zważając na fakt, że Harry trafił go Urokiem Bezruchu, które, podobnie jak petrificus totalus, uniemożliwiało poruszenie się przy pełnej świadomości.
- Pozwól, że teraz ja zapowiem akt drugi naszego przedstawienia. Walka pomiędzy Lordem Voldemortem, a Harrym Potterem i między jego żałosnymi pobratymcami,
a Zakonem Feniksa.
To, co wydarzyło się w następnej chwili zszokowało nawet Voldemorta. Jeden z jego podwładnych, ten sam, który rzucił się na Harrego, i który został przez niego odrzucony,
w następnej chwili ściągnął kaptur czarnej szaty i zerwał swą maskę. Ukrywała się pod nią tak dobrze znana mu twarz Remusa Lupina.
Lupin machnął różdżką, tym samym unieruchamiając ponad połowę Śmierciożerców,
a drugą ich część rozbrajając, uwalniając członków Zakonu Feniksa, którzy jednak wydawali się być zbyt zszokowani, by móc się choćby poruszyć. Dopiero po chwili, gdy kilku Śmierciożerców zebrało się w sobie i porwało z ziemi swoje różdżki, musieli oprzytomnieć
i już po chwili rzucili się w wir walki.
W zamęcie, który zapanował, Harry nie spostrzegł nawet ruchu za swoimi plecami. Poczuł tylko w następnej chwili, że leży na ziemi przyciskany do niej jakąś potężną siłą, przez którą nie mógł złapać tchu.
- Jak to się stało? – usłyszał jadowity syk w swoich uszach. – On przecież nie żyje. NIE ŻYJE, ROZUMIESZ?
Harry zdołał jedynie unieść lekko głowę i szepnąć:
- A jednak.
To zupełnie wyprowadziło Voldemorta z równowagi. Odskakując od niego uniósł różdżkę i ryknął:
- Sądzisz, że śmierć kilku z pośród moich żałosnych Śmierciożerców coś zmieni? Najważniejsi jesteśmy tutaj ja i ty. Ja cię zabiję. Zdobędę władzę. Dotarło? – Harry usiłował rzucić niewerbalnie zaklęcie, ale Voldemort odparowywał uroki raz po raz. – Zrozum, że ty mi nie możesz nic zrobić... Myślisz, że nie zabezpieczyłem się przed śmiercią? A może twój idol, profesor Dumbledore, nie uprzedził cię o tym?
Harry poczuł ogromną falę wściekłości i zebrał całą wolę, która mu pozostała by rzucić następne zaklęcie.
- Crucio!
Voldemort usiłował odbić zaklęcie, ale nie do końca mu się to udało. Czarny Pan zawył tylko z bólu i zachwiał się, ale to i tak dało Harremu chwilę na kolejny atak.
- Expelliarmus!
Różdżka Voldemorta wyleciała z jego ręki i przeleciała łukiem ginąc w tłumie walczących wokół nich. Harry spostrzegł tylko stopę Rona miażdżącą jedyną broń Czarnego Pana. Voldemort zawył z wściekłości.
- A jednak to zaklęcie czasami pomaga...
Wydawało się, że Voldemorta ogarnie wściekłość czy strach, ale on po prostu uśmiechnął się.
- Nie wspomniałem, ze to nie była moja różdżka? Należała ona do świętej pamięci Lucjusza Malfoya...
- Jak to... Co masz na myśli?!
- Och, Lucjusz nie żyje, zdarzył mu się pewien... niemiły wypadek. Ale co z tego, to
i tak się nie liczy.
Po czym, ku przerażeniu Harrego, w dłoni Voldemorta zmaterializowała się jego własna różdżka.
- Ale... Nie możesz mnie nią zabić... Prawda?
Choć było tak kilka lat temu, to Harry wcale nie był tego pewien. Był to w końcu Lord Voldemort i zawsze trzeba było mieć się na baczności.
- Masz mnie za głupca? Przecież nie mógłbym narazić na śmierć siebie... Jestem na to zbyt cenny. Oczywiście, że nie mogę cię nią zabić. Nie zaklęciem Avada Kedavra. Powiedzmy, że twoja głupia matka, dając się za ciebie zabić, uodporniła cię na jego działanie. Jeśli jest rzucane moją różdżką. Gdybym tego spróbował, twoja różdżka broniłaby się, za każdym razem coraz gwałtowniej... już zresztą przekonałeś się o tym... aż w końcu zabiłaby mnie. Ale nie myśl sobie, że w arsenale zaklęć istnieje tylko jedno, którym można uśmiercić. Wyobraź sobie, że rzucam na ciebie Zaklęcie Cruciatus i pozostawiam w tym stanie... Ale te wrzaski, trzeba to załatwić szybko...
Harry odetchnął z ulgą, bo aż gorąco mu się zrobiło na tę myśl.
- Tak więc, nie obawiaj się drogi chłopcze, i tak cię to nie ominie. No cóż, sposób, który zastosuję jest bardziej bolesny i trochę mniej skuteczny. Czarodziej może się bowiem obronić... Jeśli ma różdżkę...
I zanim do Harrego dotarło to, co powiedział Lord Voldemort, różdżka wyrwała mu się z ręki i wylądowała w trawie. Czarny Pan nie pofatygował się nawet, by ją zniszczyć, co Harry, w tej i tak żałosnej sytuacji, potraktował jako okoliczność sprzyjającą.
- Tak więc Harry, pożegnaj się ze światem. To już koniec.
Harry rozejrzał się dookoła. Krzyczeć? Wołać o pomoc? Wszyscy i tak zaaferowani byli walką, bo na jednego członka Zakonu przypadało średnio dwóch czy trzech Śmierciożerców. Spojrzał więc tylko na twarz Voldemorta, na której odmalowała się okrutna euforia i podniecenie.
- Cadave...
Ale w tej chwili Voldemort zamarł, jakby widząc coś przerażającego, i odwrócił głowę. Harry pomyślał, że jego zdolność legilimencji jest zdumiewająca, skoro zabijając kogoś potrafi wyczuć, co się dzieje za jego plecami, w każdym razie dobrze się stało, zarówno dla niego, jak i Harrego. Kilka stóp od nich stał Draco Malfoy, z wyrazem niedowierzania na twarzy i wyciągniętą przed siebie różdżką.
- Zabiłeś go, zabiłeś... – wyszeptał.
- Źle mnie zrozumiałeś... Nie powiedziałem, że go zabiłem, tylko że nie żyje...
- TERAZ TY ZA TO ZGINIESZ! – ryknął Draco jakby nie słysząc słów Voldemorta.
Harry wiedział, że w swoim stanie Malfoy wiele nie zdziała. I rzeczywiście, gdy chciał rzucić zaklęcie, Voldemort odbijał je nawet nie przerywając monologu, bo Draco najwyraźniej go nie słuchał.
Harry nie słyszał, albo raczej nie słuchał, żadnego z nich. W jego głowie odbijała się jedynie jedna myśl. Odzyskać różdżkę.
Wiedział jednak, że pomimo tego, że Voldemort zajęty jest rozmową z Malfoyem, to w każdej sekundzie mógł rzucić zaklęcie. I wtedy rozległ się wrzask. Bellatriks leżała rozciągnięta na ziemi i krzyczała tak, że zagłuszała nawet odgłosy walki. Stała nad nią Tonks, dysząc z wściekłości i celując w pierś swojej ciotki.
Voldemort oderwał wzrok od Malfoya, który chciał najwyraźniej wykorzystać tę chwilę i machnął różdżką, co ostatecznie wyprowadziło Voldemorta z równowagi. Błysnęło jaskrawe, niebieskie światło, a Draco upadł na ziemię z szeroko otwartymi oczami, jakby był spetryfikowany. Z twarzy Voldemorta można było wyczytać, że wszystko szło niezgodnie
z planem. Błysnęło jeszcze raz i z łoskotem na ziemię upadła Tonks. Potem świsnęło jakby powietrze przecięła strzała i Bellatriks zamilkła.
- Mam tego dość – szepnął Voldemort i bez ostrzeżenia podniósł różdżkę. Ale nie machnął różdżką ani nawet nie wymówił formuły morderczego zaklęcia. Voldemort wykonał dziwny, zamaszysty ruch, a z końca jego różdżki wysunęła się powoli czarna wstęga.
- Protego! – ryknął Harry, a powietrze zadrżało, gdy szarfa przebiła się gładko przez tarczę wyczarowaną przez Harrego. – Protego! Protego! Reducto! Finite Incantatem!
Harry wykrzykiwał formuły zaklęć machając różdżką raz po raz, jednocześnie cofając się powoli. Jednak czarna szarfa wciąż sunęła w stronę Harrego wijąc się lekko niczym wąż. A po chwili, gdy Harry musiał się zatrzymać po tym jak tuż za jego plecami ze świstem przeleciał snop złotych iskier wystrzelanych przez kogoś z walczących, wstęga zatrzymała się dwie stopy od jego kolan i zaczęła się wokół niego owijać. Ale nie ciasno, krępując jego ruchy, a tworząc wokół niego jakiś kokon czy klatkę. Koniec czarnego węża zatrzymał się nad jego głową. Voldemort poderwał ręce niczym dyrygent.
I wtedy Harrego rozerwał od wewnątrz ból.
Nic nie widział, nie czuł. Chciał tylko, żeby to się skończyło, chciał umrzeć.
Po kilku chwilach tej męki usłyszał krzyk, który jeszcze dopełnił odczuwany przez niego ból. Krzyk Ginny. Harry chciał rozerwać urok, który go omotał i uratować ją, cokolwiek jej się działo, bo, jak w tej chwili poczuł, naprawdę ją kochał. Ale czy da radę?
Wrzask nasilił się, co przepełniło czarę. Jakby niszcząc linę, która go spętała, Harry rozerwał urok, który z donośnym trzaskiem rozpłynął się w powietrzu.
- Sectumsempra!
Nie spodziewający się niczego Voldemort nawet nie pomyślał o obronie. Urok ugodził go z wielką siłą. Upadł na ziemię, a jego krew tryskała na wszystkie strony. Harry czuł przedziwną euforię. Wiedział, że wygrał, że bez różdżki i poważnie poraniony nawet lord Voldemort, nie może się obronić.
Harry stał nad nim, a nad jego głową bez przerwy przelatywały ze świstem uroki
i strumienie wielobarwnych iskier.
- Głupi chłopcze, sądzisz, że mnie zabijesz? – powiedział cicho Czarny Pan. – Myślisz, że można mnie tak po prostu pokonać? Stworzyłem horkruksy, dzięki nim...
- Wiem, czym są horkruksy! – ryknął Harry. – Odnalazłem je i zniszczyłem. Wszystkie sześć. Ty jesteś siódmy, nie prawdaż?
Voldemort patrzył na niego przez moment i wybuchnął śmiechem. A był on przepełniony okrucieństwem i bezdusznością. Wypełnił Harrego taką wściekłością, że od razu uniósł różdżkę, a słowa zaklęcia utonęły w tym straszliwym śmiechu. Błysnęło zielone świtało i ciało Lorda Voldemorta upadło bez życia. Nagle Harry usłyszał tylko jednostajny ryk Śmierciożerców wokół siebie, a gdy odwrócił się zobaczył, że stoją oni sztywni wpatrzeni w Harry'ego. Po chwili wszyscy jednocześnie jakby wyparowali, spowijając polanę lasu Necessity Forest zielonkawym blaskiem, niczym poranna mgła.
***
W tym samym czasie, tysiące mil od lasu Necessity Forest, panowała zupełna cisza
i nieskazitelny spokój, zakłócane jedynie przez cichy szum wiatru i uderzanie fal o wystające z wód oceanu skały. A kilkadziesiąt stóp niżej, pośród mułu i piasku, w całkowitych niemal ciemnościach, zajaśniał słaby, srebrzysty blask.
Błyszczący, srebrno-złoty sztylet.
Horkruks.
Ósmy horkruks Lorda Voldemorta.
|