Strona główna
Wydawnictwo
Katalog wydawnictwa
Autorzy
Kontakt
Forum
Wydawnictwo Media Rodzina  
 
 
aktualności
katalog (sklep)
nowości
zapowiedzi
nowy cennik
fragmenty książek
audiobooki
o autorach
księgarnie partnerskie
15-lecie wydawnictwa
dla dziennikarzy
forum
e-mail







RSS Mediarodzina Wydawnictwo Media Rodzina

RSS Harry Potter Harry Potter

RSS Tylko dla dziewczyn Tylko dla dziewczyn
Co to jest RSS?
E-card

Marta Dudzińska, Zaklęcie niewybaczalne

Harry odzyskiwał oddech. Czuł jak ciepła krew wolno wypełnia płuca i dociera do mózgu. Jednak świadomość powracała powoli. Bolała go głowa. Tam gdzie zwykle, lecz o wiele bardziej. Mocniej i silniej. Przez ostatnie miesiące przywykł już do towarzyszącego mu ciągłego mrowienia, jednakże w tym momencie, wydawało mu się, że czaszkę wypełnia tylko tępy i silny ból. W najczystszej, skrystalizowanej postaci. Pamiętał jak pod palcami mała niegdyś szrama przekształcała się w jątrzącą, wypukłą i paskudną ranę. Mały znak błyskawicy zaczął przybierać postać piętna, porównywalnego z czerniejącymi znakami Śmierciożerców. Fakt ten był dla Harrego równie niepokojący, jak coraz częstsze napady konsternacji i złego humoru. Wydawało mu się, że jego mózg otacza coraz ciaśniej zaciskająca się obręcz, odbierająca mu własne myśli. Czarna, smutna rzeczywistość wlewała do jego serca smolistą maź o smaku piołunu, a krew zamieniała się w czysty ocet. Dobre wspomnienia blakły, odchodziły…pozostawiając tylko cierpienie.

Lord Voldemort spełnił swoją przepowiednię. Pozostawił Harrego samego – odebrał mu przyjaciół i te drobne okruszki szczęścia, z których budował swoje życie. Odebrał mu wszystko, dlaczego warto było żyć. Pozostawił ciało, tak drobne i wątłe, że odbicie w lustrze bardziej przypominało postać ducha niż człowieka.

Taką cenę przyszło mu zapłacić za swoje decyzje. Porzucił szkołę. Nie powrócił już do Hogwartu. Nie było dla kogo, nie było po co. Nie wiedział, czy szkoła funkcjonuje, czy ktokolwiek podjął naukę po śmierci Albusa Dumbledora. To była jego szkoła, jego dom. Bez niego wszystko się zmieniło, odeszło pozostawiając puste mury – zimne, surowe, nagie. Jakby odebrano im serce. Zdrada prof. Snapea wywołała rozłam w kadrze nauczycieli, odeszli pozostawiając swoje rzeczy, tak jak gdyby wyszli tylko na spacer. Zniknęło także całe Hogsmeade – wszyscy mieszkańcy rozpłynęli się w wieczornej mgle. Podobne wydarzenia miały także miejsce w innych częściach wysypy. Dokładnego rozmiaru spustoszenia nikt jednak nie znał, nikt nie ogarnął…

Nad całym światem zawisła gęsta czarna mgła – niczym całun pogrzebowy okryła miasta i wsie. Świat istot magicznych i ludzi zwyczajnych stał się przerażająco smutny, jakby wyssano z nich energię i szczęście. Chaos ogarnął świat. Zaczęły się mordy, zaginięcia, wypadki i kataklizmy. W świecie niemagicznym wydarzenia tak straszne i okrutne, wywołały konflikty polityczne i społeczne. Zaczęto krzyczeć o smogu, dziurze ozonowej, topnieniu lodowców, zmianie klimatu. Terroryzm stał się hasłem nadrzędnym. Rozpoczęto wojnę w Zatoce, boje  z islamistami i buddystami – oskarżanymi za całe zło współczesnego świata.

W świecie czarodziejów, wcale nie było przyjaźniej. Panowanie Lorda Voldemorta zaczęły odczuwać wszystkie istoty, małe i duże – magiczne i charłakowate. Zła, demoniczna energia przenikała do każdego zakątka, zatruwając serca i umysły. Śmierciożercy bezkarnie siali spustoszenie w wioskach i rodzinach, mordowali, kradli, niszczyli… Przestało istnieć wszystko, co Harry zdążył pokochać. Z dawnego magicznego świata pozostał straszliwy kicz, wypaczona karykatura, rozmyty bohomaz. Ruina. Deszcz i brud. 

Harry leżał na jakiejś zimnej, mokrej i śliskiej powierzchni. Przerażający i paraliżujący ból obejmował także nogi, od kolan aż po stopy. Wydawało mu się, że wcale nie ma dolnych kończyn. Nie mógł się poruszyć, nie mógł otworzyć oczu. A może tylko nie chciał. Dlaczego teraz przywołuje przeszłe wydarzenia? Czy nie powinien martwić się           o siebie, tu i teraz? Jaki sens ma rozpamiętywanie i rozdrapywanie ran? Tylko tyle mu pozostało, już nie chciał myśleć, chciał zapaść w kolejne odrętwienie. Pragnął, by paraliż ogarnął nie tylko nogi, ale także umysł. Nic już nie miało znaczenia. Harry po raz pierwszy w swoim życiu prawdziwie pragnął umrzeć.

Śmierć była mu bliższa niż życiowe sukcesy. Odebrała mu już wszystkich. Rodziców, Syriusza, najbliższych przyjaciół. Próba odnalezienia horkruksów okazała się ponad siły grupy nastoletnich czarodziejów. Rona stracił w Kotlinie Anansi, gdzie został pokąsany przez monstrualne pająki – widma. Hermiona po przejściu przez Wodospad Obliviscor Deserta straciła pamięć i zapadła w sen na jawie – gorszy niż śmierć fizyczna. Neville został makabrycznie oszpecony na Bagnach Mortis Inferi, a Luna, opierając się działaniu mrocznych zaklęć i uroków, dała się zwieść rzewnej pieśni volatilli. Na końcu drogi do piekła pozostał tylko Harry. Zebrał trzy z czterech brakujących części duszy Lorda Voldemorta. Było to zbyt mało, by położyć kres jego panowaniu. Nie można było go zabić. Gdzieś pozostał jeszcze jeden horkruks osobny i ta cząstka w piersi samego Voldemorta. Harry przegrał jednak tę walkę i teraz to on musiał zginąć. Przepowiednia była krystalicznie jednoznaczna. Teraz miała się wypełnić.

Lord Voldemort postanowił nie zabijać Harrego od razu. Pozostawił go w tej ciemnej  i zimnej komnacie, by złamać jego wolę. Dla własnej satysfakcji, chciał napawać się jego cierpieniem. Zadawanym wolno bólem, rozciągniętymi w czasie torturami. – „Potter nie jesteś ani kimś wyjątkowym ani ważnym!” – brzmiały szydercze słowa, które niby echem odbijały się w jego głowie. I śmiech, ten paraliżująco lodowaty, nieludzki śmiech…

Pamięć jest najgorszym wrogiem. Wspomnienia zatruwały jasność myśli, a Harry nie chciał wybudzić się z odrętwienia. W tym stanie, niby zawieszony pomiędzy jaźnią a niebytem, czuł się bezpiecznie. Pogrążony w swoim świecie – trwał. Jednak ból ciągle narastał – okrutny zwiastun powracającej świadomości. „Nie chcę” – krzyczał bezgłośnie jego mózg, lecz otępienie nieodwracalnie mijało.

Harry wolno otworzył oczy. Zamrugał kilkakrotnie, przyzwyczajając wzrok do półmroku. Już po raz siódmy, patrzył na niskie sklepienie z szarych, nierównych kamieni. Północną ścianę porastał gęsty, szaro – zielony mech, tworząc na gołym i śliskim kamieniu arras futurystycznego artysty. Wokół śmierdziało stęchlizną i wilgocią. Gdzieś z tyłu, za zasięgiem jego wzroku, znajdowało się mdłe źródło mleczno – rdzawego światła. Nie pamiętał skąd pochodziło. Zresztą jego pamięć została nadwyrężona i spaczona. Przeszłość i przyszłość – wszystko rozmyte, poplątane, wymieszane. Wspomnienia połamane, odbite w krzywym, wypaczonym zwierciadle, wyciekały z duszy, zacierając granice rzeczywistości. Maleńkie olśnienia i przebłyski świadomej woli krzyczały.

Rozglądał się nie podnosząc głowy. Była zbyt ciężka. Chciał zbadać przyczynę paraliżu nóg – jednak z takiej pozycji, było to niemożliwe. Oddech stawał się coraz cięższy, jakby nagle zaczęło brakować powietrza. Gęsta lepka ciemność wyzierała z odległych kątów pomieszczenia. Harry nie miał pojęcia, jak można było mieszkać w takim miejscu.         
W ruinach zamczyska ulokowanego na Klifie, wśród nagich, surowych i nagich skał Gór Martwych. To odludzie Lord Voldemort obrał sobie za nową siedzibę. Harry dotarł tutaj po wielu dniach morderczej wspinaczki. Nie miał już nic innego. Ostatnie wysiłki fizyczne i umysłowe skierował tylko ku temu miejscu. Istnienie ruin odkrył w notatkach Dumbledora. One to także prowadziły Harrego ku kolejnym horkruksom. I przywiodły go tutaj. Ogromna duma, którą delektował się każdego dnia, odkąd pojął znaczenie swojej misji, z biegiem dni, z każdym krokiem ulatniała się jednak – niewidocznie i cichutko. I na końcu drogi pozostał sam, ogołocony, opuszczony.

Harry przybył do tej fortecy, późnym wieczorem, trzy dni wcześniej. Nie miał planu. Wszystko, czego pragnął przestało już mieć znaczenie. W plecaku podróżnym miał tylko zebrane horkruksy. Nigdy nie doceniał ich prawdziwego znaczenia, nie odkrył, w jaki sposób zebranie tych przedmiotów ma mu pomóc w pokonaniu samego Voldemorta. Desperacki krok, ku przeznaczeniu.

A teraz uwięziony, poniżony i zostawiony sam sobie – leżał, odzyskując świadomość. Po omacku błądził palcami wokół własnego ciała. Pod palcami prawej dłoni wyczuł twardy przedmiot. Wodził, zdrętwiałymi opuszkami, po gładkiej, delikatnej powierzchni własnej różdżki. Tak – Lord Voldemort pozwolił mu się bronić. W ten sposób jego tryumf był bardziej spektakularny. Oto chłopiec, który przeżył, wybraniec, leżał teraz u jego stóp prosząc  o śmierć. Pragnąc śmierci…

Przenikając wzrokiem bezbrzeżną, szklistą czerń Harry błądził wzrokiem po swoim ciele, zastanawiając się, co unieruchomiło mu nogi. Ciemność była niemalże bolesna, prawie namacalna. Jednak miał wrażenie, że coś na niego patrzy. Zimna kropla potu spłynęła mu po plecach. Tak bardzo chciał już umrzeć. Oddać się spokojnemu niebytowi… I nagle to poczuł – ciężar, który przygniatał mu nogi, był ruchomy. Coś mocno obejmowało go ciasnym splotem.

- Lumos – westchnął i oto patrzył prosto w czarne zwężone źrenice swojego strażnika.
- Nagani, Nagani – szepnął bezwiednie… - Nagani.
- Taaak – usłyszał w odpowiedzi – głos węża był zimny, jak jego oczy. – Śmiesz do mnie mówić? Co upoważnia Cię do nazywania mnie po imieniu? – syczący tembr stawał się coraz bardziej wyrazisty, a splot wokół nóg zaciskał się coraz mocniej. – Nie masz prawa! – gadzi krzyk odbił się od ścian i powracał spotęgowany echem.
- ZABIJ MNIE! – powiedział Harry, sam dziwiąc się spokojnej barwie swojego głosu – ZABIJ MNIE, Nagani! – powtórzył głośniej.

Nie było odpowiedzi.
- Boisz się swojego Pana? Nagani – boisz się?
Znów odpowiedziała mu tylko cisza.

- Taaak, mam rację. TY SIĘ BOISZ. Dlatego nie zrobisz nic, zanim nie wskaże Ci palcem, zanim Ci nie pozwoli, zanim nie wyda rozkazu. Szkoda mi Cię Nagani – ciągnął wyzywającym tonem – jesteś tylko sługą, narzędziem, zabawką. Nie masz woli, nie masz własnego zdania i nic Ci nie wolno. Nagani – maskotka Lorda Voldemorta – w głosie Harrego brzmiał już ironiczny śmiech, szorstki i mocny. Sarkazm był dławiąco brutalny, tak niezwykły w jego ustach. Śmiał się długo, dławiąco, niczym szaleniec, wariat… opętany.
I nagle poczuł ból – na szyi, tuż nad obojczykiem w delikatną skórę wbiły się ogromne zęby ociekające jadem. Poczuł woń gadziego oddechu – i niemal się uśmiechnął…

- Nieeeeeeeeeeeeeee! – krzyk przypominający huk, wypełnił pomieszczenie. – Avada Kedavra – snop zielonych iskier uderzył w ciało węża z taką siłą, że ogromne cielsko zostało odrzucone kilka stóp od swojej ofiary.
Czarna postać podbiegła do Harrego – i zaczęła szeptać. Harry znał ten głos, znienawidzony, brzydki – głos mordercy. To Snape pochylał się teraz nad nim mrucząc i pociągając nosem. Pamiętał ten wielki, wielgachny nos… Ironia losu – oto przyjdzie mu umierać w towarzystwie zdrajcy, któremu sam obiecał śmierć...

Dziwne jednak było to, że Harry mimo piekącego bólu, nadal miał świadomość otaczających go zdarzeń. Słyszał także zbliżające się głosy, wiele głosów, kroki. Trzasnęły drzwi. Łopot szat, oddechy… i nagle pomieszczenie wypełnił wściekły ryk, tak przerażający, że mógł wydobyć się tylko z jednego gardła.

- Nagani, zabiłeś moją Nagani! Zabiłeś moje dziecko! – szaleństwo w głosie było niemal namacalne, okrutne, bezduszne. - Ty nikczemny, podły…
Voldemort podbiegł do wielkiego, martwego ciała. Głaskał zimną, gładką skórę długimi szponiastymi palcami. Mogłoby się wydawać, że oto w tym odruchu zawarta jest nuta uczucia. Lecz wyraz twarzy pozostawał beznamiętny. Tylko w oczach malowała się wściekłość. Wąskie nozdrza drgały. Lord Voldemort wyjął różdżkę, odwrócił się od martwego ciała i wycelował w Snapea:

 – Avada Kedavra – bezbarwna, plastikowa barwa głosu była jeszcze bardziej przerażająca niż wcześniejszy krzyk. Bardziej upiorna niż same słowa…

Harry słyszał wszystko bardzo wyraźnie, ale nadal leżał wierząc, że to tylko iluzja, fantazja umierającego umysłu.

- Otwórz oczy Potter – Voldemort rozkazał niemal natychmiast. – Nie baw się ze mną Potter – wiem, że mnie słyszysz. – Wieeeeem! Nagani nie mogła Cię zabić – cedził teraz słowa nabrzmiałe nienawiścią. – Jad nie może zabić przedstawiciela swojego gatunku. Snape był głupcem, powinien to wiedzieć… - nagle w słowa Voldemorta wdarł się nieokreślonej natury jęk… Spazm wygiął jego ciało, naprężając wszystkie mięśnie i rzucił go na ziemię.
Z półprzymkniętych powiek Harry patrzył na to ciało, rozciągnięte teraz blisko niego, targane spazmatycznymi drgawkami. Wokół panowała cisza – mimo, że w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze kilkanaście osób. I nagle Harry zrozumiał – śmierć duszy ma także wymiar fizyczny. Wraz ze śmiercią Nagani, umarła cząstka duszy samego Voldemorta. Ona była horkruksem. Tym, którego nie mógł odnaleźć, którego mu brakowało. Jednak prof. Dumbledore się mylił – unicestwienie cząstki duszy odzwierciedla się bólem fizycznym jego właściciela. Jest jednak nieświadomym napadem. Voldemort nie był przygotowany na atak – inaczej by się bronił.

Myśli Harrego zaczęły teraz krążyć szybciej, starał skupić się na wydarzeniach poprzedzających jego zamknięcie w tej komnacie. Został złapany przez strażników i doprowadzony do fortecy. Tam odebrano mu plecak – a może zgubił go podczas drogi? Ciało Voldemorta nadal drgało, ale już nieco spokojniej. Głowa opadła w lewą stronę.

- Zróbmy coś – zabrzmiał kobiecy głos – ale nikt nie zareagował, nikt się nie poruszył. – Co się dzieje?! – wrzasnęła kobieta – Oszaleliście. Trzeba coś zrobić!
- Cicho Bellatriks. Nie krzycz. – odpowiedział głęboki, gardłowy szept. – Nie wiem, czy możemy, zrobić cokolwiek, aby nie narazić się na gniew. Nikt z nas nie wie, co się dzieje.
-  Ja wiem – powiedział Harry – Doskonale wiem. – dodał głośniej.
- Milcz szczeniaku! Nie odzywaj się! – ponownie wrzasnęła kobieta.
- Miałaś nie krzyczeć Bellatriks – prosiłem. Przerwał jej stanowczo i zwracając głowę ku Harremu powiedział – Co nam, tym razem, opowiesz Potter?
- To wina horkruksów – szybko wyszeptał Harry. Jego głos był suchy i cierpki. – Przyniosłem tutaj horkruksy – dodał i zamilkł oczekując reakcji.
- Mącisz Potter! – znany szyderczy ton zawisł w powietrzu. – Ty nie możesz znać odpowiedzi. Łżesz jak pies! – powiedział Draco Malfoy wychodząc z cienia.
- Czyżby? Jesteś pewny? – odrzekł Harry kipiąc ironią. – To co Twoim zdaniem stało się Twojemu Panu? Dlaczego leży obok mnie, a nikt z Was nie ma odwagi, ani chęci mu pomóc? – dodał głośniej i pewniej.
- Milcz Potter! – kolejny raz zaskrzeczała Bellatriks.
- Nie! Dajcie mu powiedzieć, co wie. Zawsze wtykał swój nos o wiele głębiej niż powinien – rozkazującym tonem wysylabizował nieznany mu mężczyzna o fizjonomii bagiennego gnoma.
- Rozwiązaniem są horkruksy. Ich obecność w tym miejscu stała się zabójcza. Ich moc neutralizuje siły witalne Waszego Pana – Hary zgrabnie skłamał, ciągnąc swoją opowieść.
- Gdzie one są, TE horkruksy? Gdzie są, Potter? – nieco spokojniej odezwała się Bellatriks.
- Nie wiem. Przyniosłem je w plecaku – grzecznie odpowiedział Harry i zaczął przyglądać się postaciom, ich konsternacji i niezdecydowaniu. Czy oni naprawdę nie wiedzą o czym ja mówię? – już tylko w myślach zastanawiał się Harry.
- Draco, przeszukaj pokój! – rozkazał wysoki mężczyzna w zbyt obszernej szacie, stojący najbliżej drzwi. – Szybko! No już…

Draco wykonał polecenie z miną obrażonego nastolatka, ale nie sprzeciwił się, nie odezwał ani jednym słowem. Czarne postaci krążyły smętnie wokół Harrego i leżącego już spokojnie Voldemorta. Harry zaczął się nawet obawiać, że zaraz, to ciało zbudzi się i powstanie – wściekłe, wypełnione nienawiścią i chęcią zemsty. Nie mógł pozbyć się myślenia o Voldemorcie jak o zwierzęciu. Zwierzęciu przebranemu w ludzkie ciało… Pomysł kiełkujący w jego umyśle stawał się coraz bardziej klarowny, czysty. Przyzwolenie na śmierć, a wręcz uporczywe jej pożądanie doprowadziły do sytuacji, gdzie zaczął odbudowywać wiarę w to, że jednak może pokonać Voldemorta – może unicestwić mordercę swoich rodziców, Syriusza, Dumbledora. Zażądać zapłaty za cierpienie przyjaciół, pozostawionych gdzieś po drodze, w odmętach bólu i niebytu. Pomścić śmierć członków Zakonu i wielu innych niewinnych ludzi.

- Nigdzie go nie ma – głośne słowa Malfoya wytrąciły Harrego z kolejnego zamyślenia. – Nie ma go tutaj.
- Augustusie porozpalaj kominki na piętrze, a ty Bellatriks poszukaj tego plecaka. Trzeba wreszcie przenieść Czarnego Pana. – brzmiały następne rozkazy. – Waldenie i Rabastanie weźcie Pottera. Tylko pilnujcie żeby nie uciekł i… nie zabijajcie go przypadkiem, chociaż byłaby to miła perspektywa…

Sześć postaci schyliło się nad bezwładnym ciałem Voldemorta. Delikatnie, niemal z czcią podnieśli go z kamiennej podłogi. Nagle rozległ się krzyk, tym donośniejszy, że wydobywał się z wielu gardeł. Ciało Czarnego Pana, z głuchym łoskotem, osunęło się z powrotem na ziemię. Wrzaski wypełniły całe pomieszczenie kanonadą jęków. Lecz tak nagle jak się pojawił, krzyk zamilkł i zapanowała cisza. Straszna i głucha. 

- Zapalcie tu jakieś światła! – wrzasnął człowiek przypominający gnoma.
- Nie ma potrzeby Radolphusie – głos cichy lecz dobitnie wyrazisty przebił ciszę. – Oni nie żyją. Ale ich oddanie było godne miana wiernych sług – dodał zimno Voldemort. – Co tak długo zwlekałeś Radolphusie?
- Panie mój, nie wiedziałem, co należy robić... Nie miałem pojęcia jak…
- Zamilcz! Nie chcę tego słuchać – szorstko przerwał mu Voldemort. – Nie ośmieszaj się. Wszyscy jesteście marnymi istotami, tchórzami, bez charakteru…

Gdzieś w oddali zastukały kroki i nagle pokój wypełniła łuna jasnego, żywicznego blasku pochodni. Widok, który ukazał się oczom Harrego był absurdalnie nierealny. Koszmarny. U stóp Lorda Voldemorta leżało sześć rozciągniętych ludzkich postaci. Ich twarze były makabrycznie wykrzywione, z czarnych oczodołów wyzierała pustka. Zwłoki były nienaturalnie giętkie, sprawiały wrażenie elastycznej materii, jak gdyby skórę rozciągnąć bez stelażu z kości. Bez mięśni, bez krwi. Niczym wyssane worki z lemoniady. Sam Voldemort siedział oparty o ogromne cielsko martwej Nagani. Jego fizjonomia też uległa zmianie – skóra stała się przezroczysto – szara, jakby przydymiona. Oczy przybrały barwę krystalicznego węgla. Płonęły. Harremu wydawało się, że dostrzega w ich smolistej głębi rubinowo – czerwone płomienie. Ręce i nogi wydawały się jeszcze dłuższe i szczuplejsze niż dawniej. Cała postura jakby rozciągnęła się – nadając kształt tak niegeometryczny i nieludzki, że przerażał bardziej niż kiedykolwiek. Kolejne kroki przy drzwiach zapowiedziały nadejście Bellatriks.

- Mam, znalazłam… - urwała w pół  słowa przypatrując się makabrycznej scenerii.

Harry zerwał się na równe nogi, przebiegł niewielką odległość dzielącą go od drzwi wejściowych i jednym szarpnięciem wyrwał kobiecie swój plecak. Był ciężki. Istniała więc szansa, że zawartość nadal pozostawała nienaruszona. Jednakże ten zryw był jedynym ruchem jaki mógł wykonać. Za sobą usłyszał śmiech. Okrutny, szyderczy. Z plecakiem przy piersi upadł głucho u stóp Bellatriks.

- Radolphusie, podaj mi różdżkę – powiedział wolno Voldemort, rozkoszując się swoją władzą – trzeba skończyć tę zabawę. Potter zmęczyły mnie Twoje naiwne, dziecinne gierki – mówił teraz patrząc prosto na Harrego. – Powiedz mi Potter – co tam masz?
Harry nic nie odpowiedział, skulił się mocniej przyciskając plecak, tuląc niemal, niczym skarb największy, najcenniejszy.

- Co jest tak ważne, że chcesz z tym umrzeć? Zdjęcie swoich głupich rodziców? A może garść sierści Syriusza? – zimny, szyderczy śmiech przeciął powietrze jak nóż. – Obiecałem Ci śmierć i dotrzymam słowa…
Wycelował różdżkę prosto w Harrego, machnął lekko jakby malując w powietrzu sierp księżyca – z ust wydobył się lodowaty, nieludzki szept – Avada Kadavra – śmiercionośny błysk z szybkością błyskawicy dotarł do celu. Harry stracił oddech, zachłysnął się mocą impulsu…

Nie czuł bólu, ani oszołomienia, zupełnie jak gdyby nic się nie zmieniło. A przecież zaklęcie zostało wypowiedziane. Czy człowiek po śmierci może myśleć? Dziwne – zastanawiał się Harry. Czuję się tak zwyczajnie, tak normalnie…

Znowu ten dziwny jęk, kolejny i kolejny… Jednak nie wydobywał się z piersi Harrego lecz z drugiej, przeciwległej strony pokoju. Jęk był coraz głośniejszy, coraz bardziej zwierzęcy. Milkł i odradzał się na nowo. Świdrujący, kłujący. Wypełniał całą przestrzeń. Harry mógł otworzyć oczy, mógł usiąść. Przy piersi trzymał plecak, a raczej to, co z niego zostało – poszarpane resztki tkaniny i stopione, skręcone elementy metalu. Zaklęcie trafiło prosto w zamknięte w nim horkruksy i odbite od jasnej powierzchni drogocennych kruszców, rykoszetem powróciło do swojego nadawcy. Oto Lord Voldemort nieświadomie zadając śmierć rozerwanym kawałkom swojej duszy, niszcząc śmiercionośnym słowem zamknięte w metalu okruchy własnego ja, stał się także mordercą tej cząstki ostatniej, którą nosił            w sobie. Swoją ignorancją zapłacił najwyższą cenę za rozerwanie własnej jaźni, za rozszczepienie jedności. Zaklęcie jeszcze go nie zabiło, było bowiem tylko odbiciem, ale już teraz okaleczyło straszliwie. Mimo, że tak uporczywie rozdzierał swoją duszę, aktem gwałtu wykradał kawałek za kawałkiem, teraz, jednym ruchem zabił to, co stworzył – unicestwił swoją nieśmiertelność. Przestała istnieć siódma część duszy. Upadła mistyka Lorda Voldemorta…

Harry był jedynym, który wiedział, co się dzieje. Wstał wolno podpierając się o ścianę. Drżał na całym ciele, ubranie przykleiło się do pleców mokrych od potu. Już widział śmierć – od dziecka był nią naznaczony. Lecz teraz, po raz drugi tej nocy, był świadkiem konania duszy. Śmierć Nagani, własnego dziecka, wywołała u Voldemorta traumatyczny paraliż, a teraz po utracie wszystkich elementów swojej duszy jego ciało pozostało tylko fizyczną imaginacją bytu. Harry z podniesioną głową, bez cienia strachu, wolnym krokiem podszedł do Voldemorta. Jego oczy były puste, twarz szara. I jak zawsze pozbawiona wyrazu. Z gardła wydobywał się cichy, mantryczny jęk…

- Potter – szepnął przez zaciśnięte usta – Potter… Pozbawiłem Cię wszystkiego, zabiłem rodzinę i przyjaciół, w każde wspomnienie wplątałem motyw śmierci. Torturowałem Twój umysł, Twoje ciało, przez całe lata zadając Ci cierpienie, chcąc wykruszyć i odebrać Ci tę Twoją MIŁÓŚĆ – jego twarz wykrzywiła się spazmatycznie. A Ty teraz przychodzisz do mnie i śmiesz patrzeć mi w oczy. Stajesz przede mną, bezbronny jak małe szczenię… Dlaczego się mnie nie boisz?
- Nie możesz mnie zabić – drgającym głosem powiedział Harry – już NIC nie możesz mi zrobić… - wziął głęboki oddech. – Czy wiesz, co było w moim plecaku?
- Nie interesuje mnie to zbytnio – odparł Voldemort patrząc mu w oczy. – Zapewne Dumbledore przed śmiercią zdążył wyposażyć Cię w kolejny arcymagiczny amulet, ale jego już NIE MA. A zabawa trwa nadal. Jesteś bardzo ciekawym przeciwnikiem, jak karaluch ciągle chowasz się w ciemnych i ciasnych zakamarkach. Uciekasz tak sprytnie, że nie można Cię rozdeptać – zaśmiał się, lecz dźwięk wydobywający się z głębi jego gardła był daleki od radości.
- Mylisz się Voldemort… Mylisz się Tom... Już nie jesteś wielki, już nie jesteś wszechpotężny. JUŻ NIE JESTEŚ NIEŚMIERTELNY – rzekł Harry wolno i wyraźnie. Echo odbijało od nagich kamieni jego słowa. – UMIERASZ, chociaż sam o tym jeszcze nie wiesz. Twój świat uczuć i odczuć jest inny od mojego, od ludzkiego. W plecaku były wszystkie istniejące horkruksy. TWOJE horkruksy. A zwykłe zjawisko odbicia zabiło ten ostatni okruch, który pozostawał w Tobie.

Czekał na wybuch gniewu, napad szaleństwa. Odpowiedział mu tylko szyderczy, pusty śmiech.

- Harry, Harry Potter – powtórzył Voldemort wsłuchując się w swój głos. – Czy myślisz że najpotężniejszemu czarodziejowi, który wielokrotnie pokonał śmierć, potrzebna jest dusza? Myślisz że mnie pokonałeś? Tak po prostu, bez wysiłku, bez żadnych szczególnych magicznych zdolności?
- Tak, tak myślę – i jest mi Cię żal – rzekł Harry sam dziwiąc się smutkowi w swoim głosie – pozostała mi jeszcze tylko jedna rzecz…

Schylił się szybko i podniósł z podłogi różdżkę. Różdżkę Lorda Voldemorta. Bez zastanowienia, bez chwili wahania, ruchem jakim przygotowuje się gałęzie na ognisko, przełamał ją na pół.
- To za Hagrida – powiedział cicho.

Nikt się nie poruszył, nikt nie wydał żadnego odgłosu. Harry bał się reakcji popleczników Voldemorta, lecz nie wydarzyło się nic… Dopiero teraz, gdy zaczął rozglądać się wokół zobaczył, że pokój jest pusty, że zostali sami. Wszyscy zrozumieli sens toczącej się rozmowy. Uciekli. Nie pozostało nic…
Harry stał długo i patrzył, jak twarz Voldemorta blaknie, staje się coraz bardziej przezroczysta, coraz bardziej rozmyta. Oto na jego oczach następowała przerażająca przemiana. Śmierć nie odnajdując duszy zaczęła trawić ciało.
Po policzku Harrego spłynęła łza…

I został tylko on – Harry Potter – chłopiec, który przeżył.
Po wielkim Lordzie Voldemorcie pozostał tylko maleńki znak na jego czole – jego BLIZNA.


Marta Dudzińska
pinkmause



SŁOWNIK:
Anansi – Pan Pająk – postać mitologiczna z legend Afryki Zachodniej, bóg Trickster, pierwotnie uważany za stwórcę świata, później dawcę kultury; wyczyny Anansiego są tematem ludowych opowiadań, które znaleźć można nawet w Indiach Zachodnich.
Obliviscor Deserta – obliviscor (łac.) – zapominać, deserta (łac.) – pusty opustoszały
Mortis Inferi – mortis (łac.) – śmierć, inferi (łac.) – piekło, śmierć
Volatilla – indyjska syrena, willa, kobieta demoniczna utożsamiana z topielicą.
 
Mały Poradnik Życia:
Kiedy zabłądzisz, przyznawaj się do tego i pytaj o drogę.
 Jeśli chcesz otrzymywac informacje związane wydawnictwem Media Rodzina oraz z wymienionymi, interesującymi Cię tematami, zaznacz je i podaj swój email 
 
E-mail:
  
 
 Harry Potter 
 Tylko dla Dziewczyn 
 Redwall 
 Nowości Wydawnicze 
Baśnie chińskie - Żółty smok

To miasto nazywa się Rzym

Opowieści z Narnii - Lew, Czarownica i stara szafa

Opowieści z Narnii - Książę Kaspian

 
Harbor Point sp. z o. o. Wydawnictwo MEDIA RODZINA ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań
tel. (61) 827 08 60, 827 08 50 faks (61) 827 08 66, 820 34 11 mediarodzina@mediarodzina.com.pl
Harry Potter, names, characters and related indicia are copyright and trademark Warner Bros., 2000
Opieka informatyczna net-expert