Opowieść o Harrym Potterze jest ze wszech miar magiczna – tacy są jej bohaterowie, takie jest przesłanie, takim doznaniem jest też lektura. To zobowiązuje wydawców, by do całego cyklu ogromnej produkcji kolejnych tomów nie dopuścić ani jednego mugola. A jak takiego rozpoznać? Prezes Poznańskich Zakładów Graficznych potrafił wytłumaczyć to dziennikarzom na prostych przykładach.
Książki Joanne K. Rowling o małym, a z czasem już tylko młodym czarodzieju, publikowane były w dwustu krajach. Właściciel polskiego wydawnictwa Media Rodzina, Robert Gamble, był w wielu drukarniach, w których powstawały nakłady kolejnych tomów. Proszony o porównanie, czy różnią się czymś od tej przy ulicy Wawrzyniaka w Poznaniu, przyznaje, że na technice się nie zna, ale budynki są w innych krajach raczej młodsze.
Nic dziwnego. Ta drukarnia, schowana w ciasnej zabudowie poznańskich Jeżyc, ma 115 lat. Jej obiekty starsze są o kolejnych 21. Wywodzi się z tradycji Drukarni i Księgarni Świętego Wojciecha. Mimo to żadne wydarzenie nie ściąga tu tylu dziennikarzy, co okazjonalny dzień otwarty, zwiastujący premierę kolejnego tomu „Harry’ego Pottera”.
Harry Porter i Insygnia Śmierci to część siódma i ostatnia. Następnej nie będzie. Wszystkie powstawały tu, w Poznańskich Zakładach Graficznych. Tajemnica polskiej treści książki nie wydostała się zza tych murów nigdy. Drukarze nie są przecież mugolami – jak zwykło się mawiać, w ramach „potteromanii”, na gapowate i nieświadome magii jednostki. A żurnaliści, marznący tego dnia, kilkanaście dób przed premierą, u zamkniętej bramy?
Wydawnictwo „Media Rodzina” ceni sobie medialne zainteresowanie „Harrym”, ale zasad obowiązujących w drukarni nie może zmienić. Dziennikarze zerkają przez kraty na dziedziniec, podobny do innych środkamienicznych podwórek. Wyróżnikiem jest wiszący tu zegar. Trwają zakłady, od ilu lat wskazuje tę samą godzinę. Otóż od dawna. A brama uchyli się punktualnie o umówionej dziesiątej. Pewne zasady obowiązują w drukarni jeszcze dłużej, niż stoją wskazówki. Dziesiąta, to dziesiąta, a zegar to zegar. Przedstawiciele mediów wytrzymują próbę.
Lega, proszę pani!
Prezes Poznańskich Zakładów Graficznych i właściciel wydawnictwa Media Rodzina witają gości. Garść ciekawostek. Drukarnia przerobi na magiczne woluminy 500 ton papieru. Jeden tir przywozi 18, o ile czegoś nie zgubi czy nie zamoczy – jak ostatnio, w efekcie kolizji. Cały druk trwa 21 dni. Zakończy się 24 stycznia. Z 25 na 26, o północy, książka ma być w księgarniach. Czytelników, którzy chcą jak najszybciej poznać ostatni tom słynnego cyklu, zawieść nie wolno.
Aleksaner Pikosz prowadzi do budynku. Na co dzień jest tu szefem, ale nie takim, co rzuca terminami z najnowszego poradnika dla managerów. Woli inne. I tu kolejne próby dla dziennikarzy.
- Proszę nam wytłumaczyć – te wszystkie karteczki tu wiszące, co to oznacza? – pyta kobieta z potężnym mikrofonem, który Pikosza jakoś nie peszy. - Proszę pani, niech pani skoryguje, nie karteczki! – prostuje.
- Przepraszam… - speszona dziennikarka, na co dzień czarodziejka eteru, przyłapana na mugolstwie robi krok w tył.
- Obrazi pani poligrafów, obrazi pani drukarzy… To jest lega… albo składka. Składka to inaczej arkusz. Maszyna zbiera to i powstaje blok książkowy. Na to jest zawieszana okładka. Jest to obcinane i mamy gotową książkę. Ale najpierw trzeba to oczywiście wydrukować – wyjaśnia prezes.
To cykl produkcyjny w największym skrócie. W tle nagrywanych przez dziennikarzy wypowiedzi miarowo trzaskają maszyny. Wciśnięte w niewielkie, jak na skalę tutejszej produkcji, pomieszczenia. Nie ma jednej wielkiej hali, jak w nowych drukarniach. Są za to zielone ściany, czyste i kwieciste fartuchy całej załogi i w każdym kącie palety z nowym „Potterem”. Te niezawinięte w czarna folię, to jeszcze nie produkt finalny. Okładki jakby większe od stron…
- Czyli tutaj jest składanie? – pyta dziennikarka patrząc na kobiety, które z niebywałą szybkością chwytają w dłonie kartki podsuwane przez maszynę.
- Zbieranie. Tak to się nazywa – karci mistrz.
Falcowanie Harry’ego
Aleksander Pikosz pracuje tu od 42 lat. Ile zająłby druk 460 tysięcy egzemplarzy „Harry’ego Pottera gdy zaczynał pracę? Prezes PZG chwilę się zastanawia. - 20 lat temu – dwa miesiące. A 40 lat temu? O Jezu… Taki nakład? Ojej… Sam skład ile by zajął… A cała produkcja? Pół roku… – niby pamięta tamte czasy, jakby były wczoraj, a jednak wygląda, jakby teraz sam siebie zaskoczył odpowiedzią.
Przeskok technologiczny jest olbrzymi, a jednak nie taki, jak w niektórych innych branżach. Skład książek ułatwiły komputery, ale papier nadal przechodzić musi przez wiele maszyn, nim trafią do tej ostatniej. To trójnóż. Ma 25 lat. Przycina książkę, czy – fachowo – blok książkowy do odpowiedniego formatu.
- Pozostałe maszyny są nowoczesne – zapewnia prezes. - O, tę na przykład musiałem kupić specjalnie do piątego tomu „Harry’ego Pottera”, który miał 960 stron. Poprzednia, jaką posiadaliśmy, nie uchwyciłaby takiego grzbietu, ta ma dopiero cztery lata. A falcówki są dwuletnie, bardzo wydajne.
Falcówka – maszyna do złamywania arkuszy.
Lokalność siłą
W Poznańskich Zakładach Graficznych wydrukowane zostanie 460 z 630 tysięcy egzemplarzy książki „Harry Porter i Insygnia Śmierci”. Cały planowany nakład w oprawie broszurowej. 85 osób, czyli 2/3 załogi PZG, to ci wtajemniczeni. Połowa tych Polaków, którzy mogą zerknąć na przetłumaczoną na nasz język treść książki Joanne K. Rowling zanim trafi ona do księgarń. Zerknąć, ale raczej nie przeczytać, bo produkcja musi przebiegać szybko, a z drukarni nie może wydostać się przed planowanym początkiem dystrybucji ani egzemplarz. To zobowiązuje.
Dlaczego właśnie oni?
- Są inne firmy, ale nie wydrukowałyby tego w jednym miejscu, musiałoby to wszystko gdzieś jeździć. O tym, że stawiamy na Poznańskie Zakłady Graficzne, decyduje ich lokalność i opinia pana Bronisława Kledzika, naszego dyrektora. Pana Pikosza poznał w czasach, gdy pracował w Wydawnictwie Poznańskim. Siłą tej drukarni są też pracownicy, którzy rozumieją, że ich praca nie może pójść na marne, że nie wolno wynieść ani jednej książki. Dotychczas nie było takich przypadków – mówi Marcin Walkowiak, kierownik działu promocji wydawnictwa „Media Rodzina”.
Dziennikarze rozeszli się już, Aleksander Pikosz czeka, aż z dziedzińca odjedzie samochód z działu promocji. - W tym czasie jestem na miejscu przez 14 godzin na dobę. Chodzę między maszynami, rozmawiam z pracownikami, a tak naprawdę osobiście pilnuję, by ani jeden egzemplarz nie wyszedł poza drukarnię – opowiada zerkając dyskretnie do otwartego bagażnika.
Maciej Fliger |