"Pokazałam drogę"
„Mały policjant czyli mam marzenie”, pozycja wydana w Polsce przez „Media Rodzina” (dochód z dystrybucji służy spełnianiu marzeń chorych dzieci), to prawdziwa opowieść Lindy Bergendahl-Pauling o chorobie jej dziecka. Nieuleczalnie chory Chris zmarł, ale jego matka zdążyła przedtem uczynić wszystko, by spełnić jego marzenia. Wraz z innymi, którzy przyczynili się do ostatnich chwil radości synka, założyła po jego śmierci fundację „Make-A-Wish”, działającą dziś na całym świecie. Także w Polsce – pod nazwą „Mam marzenie”. 19 września gościliśmy autorkę książki w Poznaniu i rozmawialiśmy z nią przy okazji spotkania z tutejszymi wolontariuszami.
- W polskiej świadomości, za sprawą różnych przekazów, funkcjonuje stereotyp rodziny amerykańskiej – jednopokoleniowej, w której dzieci po osiągnięciu pełnoletności lub ukończeniu nauki odchodzą z domu rodziców. W pani książce czytamy, że kiedy dowiedziała się pani o chorobie syna, otaczały was babcie, dziadek, pani mama. Tradycyjna rodzina wielopokoleniowa to model, do którego Stany i świat jeszcze wrócą?
- Już wracają. W Stanach Zjednoczonych jest coraz więcej rodzin takich jak nasza, które nie zrywają więzi, w których dzieci opiekują się swoimi rodzicami. Mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej. Na szczęście ludzie, z którymi ja się przyjaźnię, mają podejście podobne do mojego, uważają, jak ja, że rodzina jest bardzo ważna, że krewni powinni móc zawsze na siebie liczyć. Jednak rzeczywiście, jest też u nas bardzo dużo takich domów, o jakich pan mówi – wielkich, pięknych, ale ich właściciele muszą harować by go spłacić i zapominają przy tym o swych bliskich. Ważniejsze są dla nich drogie samochody i ubrania. Mam nadzieję, że kiedyś wszyscy zrozumieją, gdzie są prawdziwe wartości, co ukazałam też w swojej książce.
- Z drugiej strony czytamy też w „Małym policjancie” jak wbrew tradycyjnemu podejściu do roli kobiety w takim wielopokoleniowym domu, podejmuje pani naukę w czasie trosk i obowiązków związanych z chorobą syna. I wbrew wszystkiemu – udaje się skończyć szkołę. Dla mnie ta książka to nie tylko opowieść o tytułowym bohaterze, ale też o samej narratorce - dzielnej, silnej kobiecie. To jednak nie mit, że kobiety są silniejsze, skłonniejsze do wyrzeczeń?
- Mimo wszystko uważam, że to kwestia indywidualna. Nie mogę mówić za nikogo więcej, tylko za siebie. Znalazłam swoją siłę u Jezusa Chrystusa i w swojej wierze. Jestem przekonana, że czy to mężczyzna, czy kobieta, jeżeli skieruje swą wiarę i zaufanie ku Niemu, znajdzie te same siły, które ja znalazłam. Pomógł mi też upór; ojciec zawsze powtarzał, że jestem uparta jak moja babcia.
- Co bardziej przyświecało założeniu fundacji – oddanie hołdu Chrisowi, czy też pani przekonanie, że spełnienie marzeń jest tak ważne dla nieuleczalnie chorych dzieci?
- Na pomysł założenia fundacji wpadł policjant, dzięki któremu spełniłam marzenia Chrisa. Natychmiast odpowiedziałam – tak. Absolutnie jednak nie chodziło mi o oddanie hołdu pamięci Chrisa. Dzięki niemu zauważyłam, jaka to radość dla dziecka, gdy spełniają się jego marzenia. Chciałam, żeby więcej dzieci dzięki temu zapomniało choć na moment o cierpieniu.
- Spełnianie marzeń pomaga tak samo dzieciom jak i rodzicom?
- Oczywiście. Spełnia się marzenie dziecka, ale dzięki temu wspólne piękne chwile przeżywają otaczający go rodzice, bracia, siostry, dziadkowie. To przeżycie umacnia całą rodzinę chorego dziecka.
- Fundacja „Make-A-Wish” działa w 28 krajach o różnym poziomie cywilizacyjnym. Czy w tych biedniejszych, gdzie największym zmartwieniem rodzin chorych dzieci są kwestie finansowe i materialne, nie spotykacie się z uwagami, że kładziecie akcent na coś mniej istotnego?
- W Panamie dziewczynka w wieku 15 lat obchodzi uroczystość osiągnięcia dojrzałości. Jedna z naszych marzycielek pragnęła, by jej święto odbyło się w ekskluzywnym hotelu, takim, do którego ludzie o niższym statusie, jak jej rodzina, nie są wpuszczani. Od dłuższego czasu szykowała na tę okazję sukienkę, buciki, wybrała obrazki przedstawiające kwiaty, jakie chciałaby dostać. Otaczający ją bliscy i wolontariusze zrobili wszystko, by to marzenie się ziściło. Wcale nie było trudno w tym środowisku „sprzedać” naszą ideę. Proszę sobie wyobrazić radość chorego dziecka z tak biednego kraju, gdy ziściły się jego sny. To był dla nas dowód, że wszędzie warto spełniać marzenia. Ze środkami na ten cel nie mamy problemów nawet w Indiach. Brakuje nam tam wolontariuszy, ale nie pieniędzy. Nawet biedni ludzie rozumieją tę ideę.
- Jakie były pierwsze reakcje ludzi, których pani prosiła o pomoc w spełnieniu marzeń Chrisa? Naprawdę nie było zdziwienia, zaskoczenia?
- Proszę wierzyć, że nie było takiego problemu. Każdy, do którego podchodziłam mówiąc o idei spełnienia marzeń, chciał pomóc. Gdy o pomyśle uczynienia Chrisa honorowym członkiem policji drogowej stanu Arizona dowiedział się sam jej komendant, powiedział do swoich ludzi – zróbcie wszystko, by spełnić marzenia tego chłopczyka. Komendant miał kiedyś syna, który zginął w wypadku…
- Świat szanuje marzenia, potrzebna była idea, jaką pani i fundacja „Make-A-Wish” wcielacie w życie.
- Zawsze wierzyłam, że ludzie chcą pomagać innym, tylko czasem trzeba pokazać im drogę.
- Do Polski przyjechała pani między innymi po to, by przyjąć odznaczenie „Ecce homo”. Jakie znaczenie mają takie honory dla kogoś, kto tak bezpośrednio i osobiście angażuje się w pomoc innym?
- Każda nagroda, jaką otrzymałam, ma dla mnie wielkie znaczenie. Wszystkie dyplomy wiszą u mnie w domu. Patrzę na nie i mówię sobie: To ja? To dla mnie? Uświadamiam sobie, że ja, osoba z małego miasteczka, daną miałam taką rolę. Czytając uzasadnienia tych nagród, wiele wspominam. To ma dla mnie wymiar znacznie szerszy niż tylko symboliczny.
- Dziękuję za rozmowę.
Z Lindą Pauling rozmawiał Maciej Fliger. |